|
Blog > Komentarze do wpisu
Jeszcze o prezesieMija tydzień odkąd pan prezes zrezygnował z moich usług. Od tygodnia użeram się z toną negatywnych emocji, których nie potrafię w żaden sposób przeżuć i wypluć. Nie jest mi przykro ani smutno, ale czuję nieustającą agresję skierowaną ku nikomu szczególnemu. Do wewnątrz najpewniej. Jedynym powodem, dla którego wytrzymałam z prezesem tak długo, były pieniądze. Radość uczenia zniknęła dawno temu, zostało tylko poczucie psiego obowiązku i kasa. Teraz, kiedy skończył się stały dopływ środków z tego źródła (a było tego ze czterdzieści procent moich zarobków), czuję się wykorzystana i wyzuta. Tygodniami musiałam się męczyć z największą szują, jaką w życiu spotkałam i zachowywać się w stosunku do niej co najmniej cywilizowanie, jeśli nie kulturalnie, i nie reagować na odzywki typu „pieprzy pani od rzeczy” ani na wielokrotnie powtarzane tyrady o chamstwie społeczeństwa (w trakcie których kilka „kurew” i „chujów” musiało się pojawić), ani na regularne „proszę panią” i „schizofremię”, ani na prostackie obnoszenie się z bogactwem, a przede wszystkim na absolutne przekonanie pana prezesa o byciu ekspertem w każdej dziedzinie życia. Wisienką na torcie zaś było pożegnanie z panem prezesem, które... nie nastąpiło. Po prostu, kiedy żegnałam się z nim w poniedziałek 30 stycznia, zapytałam „To jak, widzimy się w czwartek?” Na co pan prezes odpowiedział „Oczywiście, do czwartku”. Po czym w ten poniedziałek zadzwonił do mojej szefowej z żądaniem, by angielskiego uczył go ktoś inny. Żadne pieniądze nie są tego warte, a mnie jest strasznie żal, że w pewnym momencie nie powiedziałam „dosyć”, nie trzasnęłam go w dziób i drzwiami, tylko czekałam, aż sam mnie wyrzuci. Dokładnie to samo robiłam prawie dziesięć lat wcześniej, tylko z „chłopakiem” zamiast prezesem. Chyba czas się leczyć... środa, 08 lutego 2012, myopic_as_mole
Tagi:
buc na stołku
|
|