niedziela, 23 marca 2014

Jak widać, nie było mnie tu od wieków. Po części dlatego, że jak zwykle nie miałam czasu. No, ale nie oszukujmy się, wystarczyłaby odrobina dobrej woli i coś by się tu pojawiło. Po części zatem nie było mnie tu, bo nie chciałam. Nie chciało mi się i nie miałam ochoty.

Co tydzień robię sobie listę obowiązków, które trzeba koniecznie odhaczyć i blogowanie zawsze zostaje na nią wpisane, ale z jakiegoś powodu niemal zawsze zostaje też zignorowane. Może skończył mi się zapał do życia, może tylko do pisania. Tak czy owak, nie czuję już nawet przed samą sobą poczucia winy z powodu zawiedzenia czyichś oczekiwań albo niespełnienia jakiegoś zobowiązania. Czuję za to bardzo duże zniechęcenie do wszystkiego.

Wystrzelałam się w tym roku – akademickim, bo kalendarzowy wystrzelana rozpoczęłam. Po przebrnięciu przez zaspy superpilnych i superważnych rzeczy do zrobienia, baterie cierpliwości i życzliwości do świata się wyczerpały, a ich ładowanie jakoś w ogóle mi nie wychodzi. Nie mam czasu, determinacji, możliwości, żeby się oddalić, odmóżdżyć i zresetować. Mam za to za dużo wszystkiego wszędzie i już nie wiem, gdzie to upychać. Idealny moment, żeby zacząć brać jakieś rekreacyjne narkotyki, gdyby tylko było mnie na nie stać. Nie stać mnie, więc póki co, wyżywam się na różnych sprzętach: zrobiłam dziurę w krześle, rozwaliłam w drobny mak moją komórkę (nie przeżyła kolejnego rzutu w ścianę) i pozbawiłam kilka książek okładek. Moc niszczycielska już nie drzemie, ale regularnie się budzi.

Tomy, artykuły, konferencje, publikacje, teksty, doktorat, dydaktyka – akademia mi się ostatnio skumulowała. Dodajmy do tego pracę „zarobkową” (a zwłaszcza pana prezesa) i mamy problem z życiem pod tytułem „nie ma czasu na życie”. Nie ma czasu na sen, nie ma czasu na odpoczynek, nie ma czasu na hobby, nie ma czasu na takie luksusy jak sprzątanie i zakupy. Z tym ostatnim to nawet i lepiej, bo pieniędzy też nie ma (jak zawsze). Pies wyrzygał się w przedpokoju i zamiast sprzątnąć po nim od razu, przykryłam tę plamę wymiocin dwiema warstwami papieru toaletowego i omijałam cały dzień, bo nie miałam czasu, żeby się tym zająć. W istocie, metaforycznie płodna sytuacja, no ale fuj przecież.

Moje życie w ogólnym zarysie przypomina plamę rzygów. Syf straszny i taki, że potrzeba porządnych prochów, żeby się z tym uporać, ale który jest regularnie przykrywany dwiema warstwami (brakiem czasu i chęci) i omijany do ostatniego możliwego momentu. A potem będzie fontanna ropy i efektowne zejście na sepsę. Odliczam sekundy do szczęśliwego finału.

Właściwie to mam bardzo dobry powód niepisania – mogłabym tak narzekać i smęcić jeszcze przez kilkadziesiąt tysięcy słów. Komu by się chciało to czytać?

22:00, myopic_as_mole
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 grudnia 2013

Może nie rozwiąże to wszystkich naszych problemów, ale z pewnością jeden.

Nie było mnie tu dawno. Nie miałam ani czasu, ani chęci na pisanie. Mam za to bardzo dużo do wyrzucenia z siebie. Problem polega na tym, że nie bardzo mam ochotę to wszystko wypisywać na ogólnodostępnym forum. A tymczasem szumowiny na powierzchni rosołu, w którym się od dłuższego czasu gotuję, podpływają mi już pod sam nos i czuję powoli, że zaraz się utopię, jeśli przynajmniej trochę się nie odcedzę.

Ten rok był trudny.

Pod względem zawodowym, a zwłaszcza akademickim, wydarzyło się wręcz więcej niż mój mózg jest w stanie przetworzyć. Jeśli zaś chodzi o moje życie osobiste, to wydarzyło się wszystko, a tak naprawdę nic. Przeglądam teraz swoje wpisy od początku roku i widzę trzy kryzysy. Pierwszy był zupełnie od czapy i niespowodowany niczym, ale za to wspaniale wybrukował ścieżkę uberkryzysowi z przełomu maja i czerwca, który sama na siebie sprowadziłam i z konsekwencjami którego borykam się do dzisiaj; trzeci zaś przyszedł z zupełnie niespodziewanej strony i dobił mnie na amen. Nałóżmy na to mnóstwo ciężkiej i niewdzięcznej pracy i pokręćmy głową z niedowierzaniem, że jeszcze nie siedzę w a) zakładzie zamkniętym i/lub b) w więzieniu. Było ciężko, nie całkiem się skończyło.

Miniony rok obfitował też w paradoksy. Od lat powtarzałam, że może i jestem sama, ale na pewno nie jestem samotna. Paradoksalnie, teraz kiedy nie jestem już tak naprawdę sama, bo w ciągu tego roku związałam się silną nicią emocjonalną z drugą osobą, na którą zawsze mogę liczyć i do której mam pełne zaufanie, zrozumiałam i poczułam na własnej skórze, czym jest prawdziwa samotność i izolacja. Są bariery nie do przekroczenia i granice nie do przejścia, jeśli nie na poziomie metaforycznym, to językowym. Czegoś nie da się opisać, powiedzieć, wyjaśnić i coś zawsze zaginie w tłumaczeniu.

Z bezmiaru rozgoryczenia wybił mnie, paradoksalnie, pan prezes, czyli jedna z dwóch osób, której szczerze życzę jak najgorzej. Kiedy słuchałam jego narzekania na to, jak to ludzie nie okazują mu wdzięczności za całe jego poświęcenie, uświadomiłam sobie z trwogą, że sama się zaraz w niego zamienię. Ze wstydem i nowo nabytą pokorą przyjęłam coś, co do tej pory nazywałam pogardliwie „nagrodą pocieszenia” i wymusiłam na sobie wdzięczność, że dostałam cokolwiek – i w ostatecznym rozrachunku, bardzo dobrze na tym wyszłam, o ironio.

Następny rok też będzie trudny, przewiduję.

Doszła do mnie ponura świadomość, że cykliczność tego rodzaju kryzysów jest nieunikniona w obecnej sytuacji, a na jej zmianę się nie zanosi. Po pierwsze dlatego, że bardzo nie lubię zmian i zdecydowanie wolę się męczyć w znajomych okolicznościach niż rzucać się na niewiadome. Narzekam wciąż na moją słabą pozycję zawodową i niepewność finansową – ale gdy w listopadzie pojawiła się możliwość podjęcia bardzo prestiżowej pracy przy bardzo prestiżowym projekcie, odrzuciłam ją bez zastanowienia. Nowe miasto, nowe obowiązki, nowi ludzie – nie dla mnie. Po drugie, dobrze sobie wierzyć, że każdy jest kowalem własnego losu, ale skądś trzeba jednak wziąć i młot, i kowadło, nie mówiąc już o elementach metalowych do obróbki. Nie mam wpływu na wszystko i wiem, że zawsze są (i zawsze będą) jakieś rzeczy poza moją kontrolą i mocą sprawczą. Staram się to akceptować, ale nie przepadam szczególnie za uczuciem bezsilności.

W nowym roku mam nadzieję na przewagę dobrego nad złym, ale nie spodziewam się też cudów. Jeśli dane mi wybierać, to wolę miłe zaskoczenia niż gorzkie rozczarowania. Ale to nie ja rozdaję karty. W ostateczności zabijemy Batmana.



23:57, myopic_as_mole
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 listopada 2013

Wykrakałam sobie tego potwora.

Zeszłotygodniowa wściekłość była uogólniona i niesprecyzowana. Za to teraz jest bardzo precyzyjnie ukierunkowana i zablokowana przez poczucie bezsilności i beznadziei.

Zawsze sobie powtarzam, że przecież nikt nie obiecywał, że będzie sprawiedliwie i fair. Wręcz przeciwnie, wszyscy zawsze ostrzegają, że życie daje po dupie tak mocno, że czasem aż siedzieć się nie da. Ale trzeba zacisnąć zęby i zasuwać dalej. A co, jeśli te zęby zaczynają się kruszyć? A co, jeśli z dupy robi się krwawa miazga i nie da się nie tylko siedzieć, ale i chodzić i w ogóle żyć? Co wtedy? Do kogo się odwołać, gdzie szukać sprawiedliwości – a przynajmniej pomocy medycznej? Kto pomoże?

Nigdzie. Nikt.

Pierwszy raz w życiu czuję prawdziwe rozgoryczenie. Pod przykrywką czegoś, co można nazwać nagrodą pocieszenia, spotkała mnie zupełnie niespodziewana i całkowicie niezasłużona niesprawiedliwość. Nic nie mogę na to poradzić, mogę się jedynie nad sobą użalać – co niniejszym czynię. Nie będę wchodziła w szczegóły, dość powiedzieć (i to górnolotnie), że są takie miejsca na świecie, a nawet w Polsce, gdzie za dobre uczynki można dostać karę. Po przykrywką nagrody pocieszenia. O której, żeby było jeszcze weselej, nie należy mówić wszem i wobec, a raczej zachować dla siebie

Bardzo to motywujące i inspirujące do działań wszelakich. Aż mnie energia rozpiera, by znowu się w coś dogłębnie zaangażować i z radością po raz kolejny wystawić dolną część pleców na baty. Uch, aż cała się trzęsę z niecierpliwości na myśl o cudownym dźwięku, jaki się będzie rozchodził, kiedy znowu ktoś mi da po tyłku – takie soczyste klaśnięcio-mlaśnięcie, trzeba być na miejscu, żeby w pełni to docenić.

W takich sytuacjach najgorsza jest izolacja, bo nagle oparcie w innych ludziach okazuje się zupełnie iluzoryczne. Nie można wymagać empatii od kogoś, kto nie rozumie wagi problemu i albo go bagatelizuje, albo narzuca swoją perspektywę. Na moje nieszczęście usiłuję oprzeć się na ludziach, którzy nie potrafią, a może nawet nie chcą, by przez moment sterczeć dla mnie jak nieruchome kolumny. Teoretycznie zawsze mogę na kogoś liczyć. W praktyce muszę się sama użerać z czymś, co wgryzło się tak głęboko, że zaczyna mnie wyżerać. I wyżera wszystko po kolei: nadzieję, poczucie sprawiedliwości, odpowiedzialność, chęć pomocy, zaangażowanie, poczucie obowiązku, potrzebę przyzwoitości. Za chwilę nic nie zostanie, tylko pusta skorupa, pod którą ziać będzie dziura. I naprawdę nie wiem, czy kiedyś zdołam ją załatać – i czym. Bo obawiam się, że niekoniecznie czymś dobrym.

Mam bardzo dużo do zrobienia w listopadzie. Artykuły, referaty, konferencja, zajęcia, działalność, powiedzmy, artystyczna i co tam jeszcze. Standardowo bym napisała, że łomatko, nie mam czasu i boję się, że nie zdążę, bo to i siamto, i jeszcze owo, a ja taka zmęczona, niewyspana, zalatana i rozrywana we wszystkich kierunkach. Standardowo się właśnie skończyło. Teraz powoli czuję, jak zalewa mnie fala obojętności. Nie zależy mi już, bo tak naprawdę to wszystko, wszystkie te dotychczas ważne przedsięwzięcia i działania przestały mieć sens. Albo będzie to praca, która jest bezsensowna i której – gdybym ją tylko zechciała oddelegować – nikt inny nie uznałby za wartą wykonania; albo znowu spotka mnie za nią kara – kto wie, może tym razem prawdziwa, nieprzebrana w żadne kostiumy? Jakim musiałabym być masochistą, żeby to wszystko robić? Po co mi to? Zupełnie jak w domu: nic nie robisz? Wrzask. Robisz coś? Wrzask, że źle albo nie to, co należy. Skoro wrzask jest tak czy siak, po co się męczyć z jakąkolwiek robotą?

23:52, myopic_as_mole
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 listopada 2013

Rozpiera mnie wściekłość. Przede wszystkim na siebie samą, ale świat też dostaje rykoszetem, kiedy płuca napełniają mi się szałem do tego stopnia, że strzelają guziki bluzki. Kiedyś mnie rozsadzi i świat będzie wyglądał jak Jackie Kennedy 22 listopada 1963 o 12.31, ze strzępami mózgu zwisającymi z eleganckiego kostiumiku.

Wścieka mnie własna naiwność i głupia, niczym nieuzasadniona gotowość, by wpić się palcami w nadzieję na lepsze jutro, pojutrze, życie. Nie będzie lepiej, lepiej – ewentualnie – już było. Wścieka mnie, że potrafię, wciąż bezsensownie potrafię zawiesić racjonalny rozum na kołku i dać się ponieść czyjejś „intuicji” albo „przeczuciu”. Nie wierzę w żadne intuicje i przeczucia, ale i tak się daję. Bo jestem straszliwie naiwna i tak naprawdę niesamowicie łatwa w manipulowaniu, choćby nieświadomym. Nic mnie bardziej nie wścieka (nieprawda, cokolwiek jest akurat na tapecie, wścieka mnie najbardziej, ale zostawmy to tak for the sake of argument) niż zdania typu „będzie dobrze” albo „jeszcze się odwróci”, albo „uwierz mi, tak nie będzie zawsze.” Nie, nie, nie, kurwa, nie! Nie ma żadnej racjonalnej przesłanki, żeby w to wierzyć, bo nikt nie jest w stanie przedstawić żadnych przekonywających dowodów na poparcie swoich „przeczuć”. Bo absolutnie nikt nie ma wglądu w przyszłość, więc się nie może wypowiadać z perspektywy wiedzy. A jednak się wypowiada. A ja, oczywiście, desperacko wierzę, choć w tym samym czasie racjonalny rozum strzela sobie facepalma krzesłem.

Zastanówmy się przez chwilę. Czy nie lepiej jest zaakceptować to, co jest i co według wszelkich prawideł logiki się nie zmieni, chyba, że stałby się cud nad cudami (w cuda też nie wierzymy), niż tracić czas na robienie sobie czczych nadziei, choć w głębi wiemy (już nawet nie wierzymy, ale wiemy), że ich realizacja to absolutna fikcja? Po co się szarpać i torturować, skoro i tak nie będzie efektu? Akceptacja status quo może i na pierwszy, a nawet drugi niuch pachnie nieco rezygnacją, ale tak naprawdę jest pierwszym krokiem do osiągnięcia stoicyzmu. Wiara w „przeczucia” i „intuicję”, przynajmniej w moim przypadku prowadzi wyłącznie do niepotrzebnego cierpienia. Czy wierzę czy nie, moje życie wygląda dokładnie tak samo – tylko ja wyglądam gorzej, bo płonne nadzieje ryją w mojej twarzy jak świnie za truflami.

Nie ma właściwie żadnego głębszego powodu, dla którego piszę to akurat teraz, a nie, dajmy, pół roku temu. Nie jest to żadna nowość ani nagłe olśnienie. Ta wściekłość jest tu cały czas, w każdym dniu, w każdej minucie. Przez większość czasu udaje mi się jednak stłumić ją na tyle, by nie wystawała na zewnątrz. Ale ostatnio brakuje mi i energii, i chęci, by się z tą wściekłością ukrywać.  Ostatnio nawet dość często wypuszczam potwora i daję mu się wyhasać. Problem polega na tym, że wybiegany – robi się głodny.

23:59, myopic_as_mole
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 października 2013

No pięknie, pięknie, nie było mnie tu już od miesiąca. Nie, żebym się specjalnie migała, po prostu tak się złożyło. Właściwie to powinnam się cieszyć, że mam co robić, a nie narzekać, że wszystkiego za dużo, ale narzekanie to moja ulubiona czynność i nie pozwolę sobie tak po prostu odebrać prawa do jej uskuteczniania.

Dużo za dużo wszystkiego ostatnio. Harmonogram został szczęśliwie ułożony po wielu tygodniach trudu i znoju, a przy okazji wyssał ze mnie wszelkie pozostałości nie tylko radości życia, ale życia w ogóle (K.’s copyright) oraz resztki ludzkich uczuć. Nie ma, skończyły się. Co z jednej strony jest bardzo dobre, bo oznacza brak stresu, smutku, niepokoju i strachu – ale także całkowity brak wszystkich uczuć z pozytywnego spektrum. Nie wiem, czy wrócą.

Z pozostałych rzeczy, których naprawdę mi brakuje, na pierwsze miejsce wysuwa się czas. Doba ma za mało godzin, a sen jest dla mięczaków i maminsynków. Nie jest to myślenie ani zdrowe, ani szczególnie efektywne. Wypiłam przez ostatni miesiąc tyle kawy ile w całe wakacje. Gdyby nie ten weekend, kiedy udało mi się do pewnego stopnia nadrobić zaległości w spaniu, pobiłabym rekord w długości funkcjonowania na trzy-czterogodzinnych dawkach snu na dobę. Nie polecam. W pewnym momencie byłam nawet przekonana, że mam zawał – ale chyba jednak nie. Z pewnością natomiast przynajmniej raz miałam klasyczny atak paniki i ze dwa meltdowny (kompletne rozbiory mentalne). Jak widać, brakowi czasu nieustająco towarzyszy brak rozsądku.

Brak mi także asertywności. Mogłabym powiedzieć kilkudziesięciu osobom, żeby się wypchały i poszły w ch... ze swoimi nieciekawymi propozycjami, ale jakoś nie mam ani odwagi, ani chęci. W ogóle jeśli chodzi o werbalizację moich stanów wewnętrznych nigdy nie było ze mną bardzo dobrze, ale ostatnio mocno się pogorszyło. Zastanawiam się, czy przy okazji życia na krawędzi noża nie nabawię się co najmniej odcisków, jeśli nie regularnych wrzodów. Nie chcę, jak rany.

Ale i tak najsmutniejszym brakiem, z którym się borykam, jest niekończący się brak pieniędzy. Lodówkę mam pustą od wielu tygodni, bo kupuję tylko doraźnie albo stołuję się poza domem (co oczywiście nie oznacza obżerania się po knajpach, tylko pasożytowanie na rodzicach lub K.). Jedyne, co regularnie kupuję, to psie żarcie, a i tu trzeba było wprowadzić modyfikacje. Od wakacji bowiem pies dostaje jedzenie gotowane przeze mnie zamiast gotowej karmy. Efekt ekonomiczny nie jest może powalający, ale widać, że psu smakuje, a ja przynajmniej wiem, co ląduje w jego przepastnym żołądku. Czekam na listopad jak na zbawienie – spłyną wreszcie pieniądze z trzech źródeł zarobkowania. Do tego czasu zaciskanie pasa i zgrzytanie zębami. Tylko nie za mocno, bo pasta się zaraz skończy.

00:06, myopic_as_mole
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 września 2013

Brzydki i wulgarny ten tytuł, ale w pełni oddaje ducha tego tygodnia. Pracownik naukowy od harmonogramu doprowadził do szewskiej pasji/histerii/obłędu niemal wszystkich: nas, młodych doktorantów, szefostwo, kolegów po fachu i kogo tam jeszcze. Teoretycznie miał zająć się pracą nad układaniem w trakcie naszej nieobecności (konferencja i inne pilne sprawy). Nie ma z nim kontaktu, więc nie wiadomo, jakie jest przełożenie teorii na praktykę. Staram się nie mieć bardzo czarnych myśli.

Jak już wspominałam w zeszłym tygodniu, wróciłam do prezesa. Powrót był bolesny przede wszystkim dla mnie, bo pan prezes był zachwycony mną w ogóle i szczególe, i ze swadą opowiadał, jak to byłam jak do tej pory jedyną lektorką, która czegoś go zdołała nauczyć. Rzeczywiście, szybka powtórka ujawniła utrwalone pokłady struktur i słownictwa, które w zasadzie wymagają tylko odświeżenia. Nauczyłam czegoś pana prezesa, przy okazji w ogóle niczego nie ucząc siebie. Między legendy można też włożyć opowieści o tym, jak to się człowiek zmienia i wszystko sobie przewartościowuje po przejściu choroby nowotworowej. Powinnam była uważniej oglądać House’a i uwierzyć mu, kiedy powtarzał, że ludzie się nie zmieniają. Kto się urodził ch.., będzie nim przez całe życie, nieważne co się stanie po drodze.

A potem pojechałam na konferencję do Warszawy. Cały wyjazd był przeżyciem ze wszech miar ambiwalentnym. Przede wszystkim dlatego, że zostało mi już naprawdę mało pieniędzy i była to w zasadzie bieda-konferencja – ciastka z przerwy kawowej zamiast śniadania, nieprzystojne opychanie się na bankiecie (tyle [----] brakowało, żebym sobie wypchała kieszenie kanapeczkami) i przemieszczanie się wszędzie pieszo. Na szczęście znalazłam sobie supertani (i bardzo przyzwoity) hostel dwie minuty drogi od centrum konferencyjnego, więc wymuszone spacerki nie bolały, nawet na obcasach (tak, na mój panel wyjątkowo się wystroiłam, co do tej pory się nie zdarzało).

Zgodnie z planem zaczęłam pisać referat w pociągu, skończyłam w hostelu, napisałam na czas i chyba z sensem. Prezentowałam w czwartek i poszło naprawdę nieźle – dwoje profesorów niezależnie od siebie wylewnie mnie pochwaliło. Dostałam też pytania od zupełnie mi nieznanego profesora, który delikatnie mnie wkurzył, ale udało mi się odpowiedzieć na nie tak, żeby brzmiało to przekonująco. I gdyby na tym konferencja się skończyła, byłaby najlepszą, na jakiej kiedykolwiek byłam. Niestety, po fali euforii, która mnie zalała, nie został ślad, bo na następnym panelu ów profesor, który okazał się superch...., wyprowadził mnie z równowagi do tego stopnia, że nie wytrzymałam i wyszłam z sali. Nie mogłam dojść do siebie przez dobrych kilka godzin, a co najgorsze, musiałam grzecznie odganiać od siebie ludzi, którzy się dopytywali, czy wszystko w porządku i czy dobrze się czuję. Nie czułam się dobrze i nic nie było w porządku, ale nie miałam najmniejszej ochoty dzielić się tym z nikim. Na szczęście było czym się zająć wieczorem, więc robiłam wszystko, żeby o tym nie myśleć i prawie mi się udało. Ale niesmak pozostał do teraz.

A wczoraj siedziałam na urodzinach babci, które zazwyczaj są okazją w najlepszym razie nudną, a w najgorszym (jak w tym roku) krępującą, i słuchałam jak mój bezrobotny stryj, którego życie jest sromotną porażką pod każdym względem, wyraża swoją dezaprobatę wobec kariery zawodowej swojej córki. Tak się składa, że córka pracuje w domu opieki, gdzie zajmuje się ludźmi starymi i niedołężnymi, co mojego ch....... stryja napełnia bezbrzeżnym obrzydzeniem, bo „nie mogę zrozumieć, jak można lubić taką pracę”. Ręce opadają, naprawdę.

Innymi słowy, ch..... ten tydzień w ogólnym rozrachunku.

23:58, myopic_as_mole
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 września 2013

Naskładowało mi się bardzo dużo rzeczy w przeciągu dwóch tygodni i przez weekend miałam coś, co K.* nazywa „syntax error” a ja „overload”.

Od dwóch tygodni wraz z K. i jeszcze jedną nieboraczką układam harmonogram dla naszych dwóch instytutów. Idzie nam jak po grudzie i jest wielce prawdopodobne, że się nie wyrobimy. Na szczęście nie jest to nasza wina (albo nie jest to WYŁĄCZNIE nasza wina), albowiem pieczę nad nami miał sprawować pewien pracownik naukowy, który zupełnie się nie popisał i prawdopodobnie poniesie tego poważne konsekwencje.

Tak się zupełnie przypadkowo składa, że tego właśnie pracownika nie znoszę szczerze i od lat – i mam ku temu naprawdę dobry powód. Nie będę może wchodziła w szczegóły, ponieważ osoba ta jest ogólnie znana z pewnej nieetycznej praktyki i ujawnienie jej pozwoliło by na jej natychmiastową identyfikację. Pamiętam, że jeszcze jako studentka poprzysięgłam sobie zemstę na tym człowieku i najwyraźniej, choć zupełnie niecelowo, przykładam rękę do kary, która zapewne go spotka. Wszystko to bardzo zawiłe, ale klarowniej niestety nie mogę.

Ponadto w czasie wakacji podjęłam dwie decyzje dotyczące mojego życia zawodowego. Postanowiłam zrezygnować z dojeżdżania na zajęcia 40 km na 6.30 rano, ponieważ nie dość, że mi się to niemal w ogóle nie opłacało, to jeszcze powodowało u mnie myśli samobójcze. Kiedy jednak zadzwoniłam z tą decyzją do szefowej, ta przekonała mnie, żebym nie rezygnowała, to ona wymyśli coś bardziej opłacalnego i mniej depresyjnego. I wymyśliła. W efekcie będę tam dojeżdżała wyłącznie na popołudniowe PODWÓJNE zajęcia (czyli zamiast czterech wycieczek – tylko dwie).

A propos myśli samobójczych, druga decyzja dotyczy naszego ulubionego pana prezesa. Zdecydowałam się wrócić i jutro mam z nim pierwsze zajęcia po przerwie. K. twierdzi, że moje aktualne załamanie weekendowe jest spowodowane właśnie powrotem do prezesa i harmonogramem i nie wiadomo, co gorsze. Zgadzam się. Z jednej strony jestem sama sobą zawiedziona, że zdecydowałam się wrócić do miejsca pracy, które kiedyś znienawidziłam i poprzysięgłam sobie, że nigdy więcej. Z drugiej strony wynegocjowałam najwyższe stawki w historii mojego uczenia i zasadniczo na samym prezesie mogę się dość wygodnie utrzymać. Wszystko inne, co zarobię w innych szkołach i na uniwersytecie mogę spokojnie odkładać na wakacje. Ale tak czy siak, powrót boli.

To nie koniec, bo w związku z tym, że harmonogram wyrywa ze mnie większą część życia, nie mam czasu na napisanie papieru na konferencję, na którą jadę w tym tygodniu. Wyjeżdżam we wtorek i to wtedy właściwie już powinnam mieć gotowy referat. Co najlepsze – wiem dokładnie, co chcę tam napisać i jak, nie mogę się tylko zmusić, żeby to po prostu zrobić. Muszę sobie szybko zdjąć tego simlocka, bo czas ucieka, a jeszcze trzeba się spakować i takie tam.

Pamiętam, że były w lipcu wakacje. Byłam w głębokich lasach, dawałam się gryźć komarom i wychodziłam z psem na trzy godziny. To było ledwo dwa miesiące temu, a mnie się wydaje jakby minęły dwa lata. Dużo się zmieniło od tego czasu, choć tak naprawdę nic takiego. Przepracowałam starą traumę i wyszłam z niej pokiereszowana, ale wygrana. Rzutem na taśmę udało mi zdobyć wszystkie wymagane dokumenty niezbędne do otwarcia przewodu. Rozwinęłam koncepcję rozprawy w taki sposób, że wreszcie wygląda, że to może mieć i sens, i kierunek. Zaangażowałam się w działalność akademicką, która nie przynosi żadnych profitów, ale daje nieocenione doświadczenie. Chyba dokonałam odkrycia naukowego. Wkradłam się w łaski, nawiązałam kontakty i weszłam do obiegu. Niby nic, a jednak wiele. A jest dopiero połowa września. Mam głębokie przekonanie, że ten rok będzie zupełnie inny. Co oczywiście nie oznacza, że lepszy – po prostu nieporównywalny z niczym innym. I dobrze, pora ruszyć z posad bryłę świata. Rozwój wypadków będę referować na bieżąco.

 

*Tak, od jakiegoś czasu jest w moim życiu taki jeden K. i pewnie wielokrotnie będę o nim tu wspominać. Od razu uspokajam wszelkich ewentualnych wielbicieli: nie, nie mam wreszcie faceta. Niedoczekanie! Ale za to mam przyjaciela, co jest w obecnej sytuacji niewyobrażalnie ważniejsze.



23:29, myopic_as_mole
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 września 2013

Od kilku tygodni ćwiczę się w kontaktach interpersonalnych. Jako oddelegowana do obsługi skrzynki pocztowej przyczepionej do naszej konferencyjnej strony, mam niebywałą okazję niemal codziennie uskuteczniać „Szanowni Państwo-wanie” oraz „Z poważaniem-anie”. Nie jest to bynajmniej problematyczne, ale czasami naprawdę brakuje mi cierpliwości i aż mnie świerzbi, żeby napisać „gdzieś się edukował, patałachu, w Wyższej Szkole Gotowania na Płycie Indukcyjnej?!” Jeszcze nikomu takiego maila nie posłałam, ale dwa razy było blisko.

Druga rzecz to taka, że jednak mail jest niezwykle ograniczającym narzędziem, kiedy chce się wysondować czyjeś poglądy, przekonania albo i wyznanie. Elektroniczne wyrazy są suche jak pieprz; z jednej strony to dobrze, bo nie cmokają i nie ciamkają, ale niestety mogą w sekundzie zająć się żywym ogniem. Chyba dużo łatwiej jest wyprowadzić kogoś z równowagi zdalnie, bo nie da się opisać wszystkich okoliczności kontekstu, a da się w jednym zdaniu zawrzeć wszystko to, czego się nie powinno. Coś takiego akurat zrobiłam: mail, który wydał mi się supergrzeczny i hiperneutralny został potraktowany jak obelga tożsama z policzkiem wymierzonym umorusaną w gnoju rękawicą bokserską i trzeba było to potem odkręcać, naprzepraszać się i ponaprawiać, a niesmak i tak pozostał. Spójrzmy prawdzie w oczy: jeszcze minie trochę czasu, zanim zyskam wprawę w nieobrażaniu ludzi na odległość. Bo kwestia obrażania twarzą w twarz jest, przyznajmy, beznadziejną.

Czasami, owszem, robię to z premedytacją. Jeśli kogoś nie lubię (choć tu punkt, słaby bo słaby, ale jednak dla mnie – muszę mieć NAPRAWDĘ dobry powód), to ten ktoś niemal od razu się orientuje. No chyba, że jest kompletnym kretynem, ale dla takiego naprawdę nie ma ratunku i mój brak sympatii jest najmniej ważnym z jego problemów. Ostatnio powiedziałam o osobie, z którą zmuszona jestem współpracować, że jest tak głupia, że nie potrafiłaby przeliterować YMCA. Piękne, prawda? Samo mi to przyszło, nie włożyłam w to żadnego wysiłku. Są jednak momenty, kiedy naprawdę staram się wymyślić coś sympatycznego i od serca, i... wychodzi jeszcze gorsza obelga. Nie wiem, dlaczego – czy ze stresu, czy z niskiego poczucia własnej wartości, czy z wrodzonej bitchiness (kolejne angielskie słowo, dla którego próżno szukać odpowiednika w polskim; bo co, „sukowatość”?)? Tak czy owak, najbardziej i najdotkliwiej obrażam osoby, które są mi najbliższe – jak się Państwo domyślają, nie ma ich za wiele.

Planuję to zmienić: i własną bitchiness, i ilość bliskich osób. Jeszcze nie wiem jak, ale przyznanie się do problemu to pierwszy krok ku wyleczeniu, jak uczą nas głupie seriale. Szkoda, że życie to nie serial, można by było przewinąć nudne fragmenty i wracać do ulubionych sezonów. Na przykład takiego House'a, który był absolutnie niebiegły interpersonalnie, a którego wszyscy uwielbiali.

23:58, myopic_as_mole
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 sierpnia 2013

Chyba sobie do reszty odpuszczę polskie media. Chciałabym kiedyś wejść na główną stronę gazeta.pl i dla odmiany nie przeczytać o zbiorowych gwałtach w Indiach, gwałtach szczotką klozetową w nielegalnym burdelu, o kolejnych wybrykach nacjonalistów albo o znęcaniu się nad psami. Łomatko, ileż można? Wybieranie wśród tysięcy rzeczy, które dzieją się każdego dnia akurat tak sprofilowanych niusów prowadzi najpierw do rzutu zainteresowania i histerii linkowej, a potem to zirytowanego znużenia. Jak się przeczyta trzy artykuły o gwałcie, to człowieka może zszokować i przerazić. Jak się ich przeczyta pięćdziesiąt, to wbrew sobie zaczyna się narzekać na powtarzalność i brak wyobraźni gwałcicieli. Co z jakiegoś powodu przypomina mi casus The Human Centipede (Ludzkiej Stonogi). UWAGA, nie polecam czytać do końca akapitu osobom o słabych nerwach i żołądkach! Żeby potem nie było, że nie ostrzegałam! Pierwsza część była szokująca, bo sam pomysł połączenia ze sobą ust i odbytów trojga ludzi już ostro działała na wyobraźnię. No ale oczywiście do drugiej części taki „lajcik” nie wystarczył i trzeba było połączyć dziesięć osób, w tym kobietę w zaawansowanej ciąży, a ostatnią część „stonogi” (oczywiście) zgwałcić drutem kolczastym w trakcie, kiedy do jej ust wlewała się dziewięciokrotnie strawiona zawartość jelit... A widzowie ziewają, bo przesunięcie granicy szoku i obrzydzenia tym się właśnie objawia – bezbrzeżnym znużeniem. Na części trzeciej wszyscy zasną z nudów, choćby nakręcona była w superhipernowoczesnej technologii, w której widzowie sami poczują się jak połączeni w tysiącosobową stonogę przesuwającą się na pokrytej żrącą substancją taśmie ku gigantycznej krajalnicy.

Ale o czym to ja miałam...?

A tak, rzucam polskie media.

Obejrzałam dziś Fakty u rodziców i niczego się nie dowiedziałam. Pan od śmigłowców mówił o „najnowszych nowinkach”, a potem była interwencja z powodu kuratora, który chciał zabrać babci grubego wnuka. Na końcu amerykańscy policjanci rozdawali czipsy na święcie jointa. Ktoś się chyba nieźle upalił, kiedy dobierał materiał do tych Faktów. Nie wiem, czy to wina sezonu ogórkowego, czy przesytu takimi pierdołami jak Syria, Egipt i Obama, ale ważnych wiadomości nie było. Zatem pojawia się trudne pytanie: Po co się ogląda programy informacyjne, skoro nie udzielają żadnych informacji? Z przyzwyczajenia chyba, bo na pewno nie dla przyjemności. Ja w każdym razie utwierdziłam się w przekonaniu, że decyzja o nieposiadaniu telewizora była ze wszech miar słuszna.

Co oczywiście nie oznacza, że chcę się totalnie wyizolować od zewnętrznych wiadomości. Pozbyłam się co prawda również odbiornika radiowego, ale od czego jest Internet. A skoro już jest, to po jakiego grzyba (sezon na kurki jest podobno) słuchać polskiego radia, skoro mam tę niezwykłą możliwość włączyć anglojęzyczne? I rzeczywiście, jeśli coś ważnego dzieje się na świecie, posłucham sobie o tym na BBC Radio 4, które jest supersnobistyczne i bardzo dobrze. Nie ma w nim w ogóle reklam, a na antenie regularnie pojawiają się adaptacje dzieł literatury i kulturalne rozmowy, w trakcie których jedna osoba mówi, a druga jej słucha, pozwala skończyć, nie przerywa, wyraża swoją własną opinię (choćby i była skrajnie odmienna) kiedy nadchodzi jej kolej, po czym obie zapewniają się o wzajemnym szacunku i dziękują za możliwość podzielenia się poglądami. Kiedy pierwszy raz coś takiego usłyszałam, myślałam że to skecz komediowy, tak kosmicznie to brzmiało. Nie twierdzę bynajmniej, że coś takiego jest w polskim radiu lub telewizji niemożliwe, ale faktem jest, że nigdy jeszcze nie udało mi się czegoś takiego zaobserwować. Zresztą, gazetę.pl też coraz częściej zamieniam na Guardiana i w ogólnym rozrachunku lepiej na tym wychodzę. Mam bowiem dostęp nie tylko do treści wartościowych, bezpłatnych i legalnych, ale – co szczególnie ważne dla osoby z obsesją na punkcie poprawności językowej – uprzednio sprawdzonych i skorygowanych, a zatem w przeważającej większości pozbawionych literówek i błędów ortograficznych (no ale, prawda, bez przesady, to w końcu Grauniad jest). Naprawdę, zaczyna mi się już robić ciemno przed oczami na widok gazetowych „nie wiele” i „nie raz”. Nie raz, nie dwa i nie pięćdziesiąt miałam ochotę coś rozwalić na ich widok i nie wiele, ale bardzo mało brakowało, żebym zrobiła przy tym krzywdę sobie i innym.

Bardzo jestem ciekawa, czy uda mi się zrealizować to odpuszczenie. W końcu, co innego zapewni mi rozrywkę, jeśli nie Plotek i jemu pokrewne (na Pudelka nigdy nie wchodzę, bo kilka lat temu to sobie postanowiłam i wciąż trwam – czyli jednak da się!)? Co zrobię bez wiedzy, że Honey ścięła włosy, a Edyta Górniak naraziła się fanom Metalliki? I w ogóle, Polsko, jak żyć? Polska nie wie niestety, jak żyć, ale w zamian pan od helikopterów przedstawi Państwu najnowsze nowinki.

22:51, myopic_as_mole
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 sierpnia 2013

Zawsze mi się wydawało, że angielski jest bardziej giętki niż polski, że słowa wykonują w nim przewroty  i salta w tył, nie tracąc równocześnie nic ze swego szyku. Polski nie jest taki elastyczny i trudniej nagiąć go do swoich potrzeb. W tym zapewnie tkwi wyzwanie – jak przekazać to, co się myśli (a nie daj Boże, czuje) za pomocą materiału przypominającego raczej sztywny karton, twardą gumę, a czasem wręcz niewzruszony beton.

Bliss. Co to znaczy „bliss”? Niby szczęście, ale ani „happiness” (szczęśliwość) ani „luck” (powodzenie). Bliss to stan, w którym wciąga się głęboko powietrze i wypuszcza powoli z uczuciem przepełniającej radości z utrafienia w ten nieuchwytny moment, gdy „tu i teraz” oznacza „nigdzie i nigdy indziej”. Bliss to chłód przed samym świtem, kiedy potwór prokrastynacji jeszcze śpi, a wstał już pracuś dobra nadzieja. Bliss to spokojne wznoszenie się i opadanie brzucha przyczepionego do głęboko śpiącego psa. Bliss to celny strzał kofeiny prosto w przytłumiony mózg i nagłe uderzenie kawowej baczności.

Bliss trwa krótko i pojawia się rzadko. Anglosasi mówią, że „ignorance is bliss” czyli że szczęście tkwi w  niewiedzy. Oznaczałoby to, że bliss bardzo łatwo zniszczyć, np. nadmiarem myśli. W tym przypadku wiedza staje się źródłem jeśli nie cierpienia, to zachwiania jakiejś równowagi, które automatycznie oddala nas od bliss.

Po co taki idiotyczny niuejdżowy wstęp? Ponieważ ostatnimi czasy moim osobistym źródłem bliss stało się wyłączanie laptopa. Nie standardowe zamknięcie pokrywy, ale prawdziwie oldskulowe „start – zamknij – ok”. Ta krótka melodyjka, którą wyśpiewują głośniki tuż przed wyłączeniem działa na mnie niemal jak kołysanka. Ja idę spać, kiedy ty idziesz spać – oddajemy się oboje niezmąconemu odpoczynkowi. Nie zasłużyliśmy, ale i tak się oddajemy. Spędzamy w końcu razem tyle czasu, że aż trudno nam sobie wyobrazić, że istnieje życie gdzieś indziej i to jeszcze w pojedynkę. A jednak ten związek nas oboje unieszczęśliwia: mnie przytrzymuje siłą i zmusza do czynności, których wykonywać nie chcę, a do których jednak się zmuszam. On z kolei cierpi regularny łomot, kiedy bezrefleksyjnie wyładowuję na nim swoje frustracje i niepowodzenia. Najgorsze jednak jest to, że nie możemy nijak tego związku zakończyć i jesteśmy na siebie skazani. Dlatego w ramach terapii zastosowałam metodę krótkich, acz definitywnych rozstań, by co rano zaczynać budować naszą toksyczną relację na nowo.

Problem dodatkowy polega na tym, że ddając się odpoczynkowi, oddalamy się od siebie nawzajem (co jest dobre), ale i od celów, których nagląca lista wisi tuż obok i złorzeczy (co już takie dobre nie jest). Wmawiam sobie jednak – i to dość skutecznie – że żeby wrócić, trzeba się najpierw oddalić i przyjrzeć wszystkiemu z odpowiedniej perspektywy. A im dalej, tym perspektywa odpowiedniejsza.

***

Spędziłam dziś dobre dziesięć godzin na poprawianiu artykułu, na którego publikacji bardzo mi zależy. Jest, o dziwo, nie najgorzej – wstępna nieformalna recenzja brzmiała „well-argued”, czyli należycie uargumentowany. Tak czy owak, niech nikogo nie dziwi ten bełkotliwy wpis – skończenie artykułu w terminie to jest dopiero bliss!

23:52, myopic_as_mole
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33