Wpisy z tagiem: normalność

piątek, 28 stycznia 2011

Zaczyna się niewinnie: „A co pani robiła przez weekend?”. Zazwyczaj dla świętego spokoju zmyślam to, czego się pytający spodziewa: „w sobotę wyskoczyłam ze znajomymi na miasto, a w niedzielę byłam w kinie” lub „koleżanka miała w sobotę urodziny, a w niedzielę odsypiałam”. I nie ma dalszych pytań, czasem pojawia się głupawy dowcip i można zająć się rozmową właściwą. Zwykle mentalnie zgrzytam zębami, ale nie mam zupełnie ochoty opowiadać prawdy. Nie dlatego, że prawda jest potworna lub przerażająca, tylko dlatego, że wyzwala lawinę niewygodnych pytań.

Bo wiecie, drodzy państwo, nie ma czegoś takiego jak empatia. Współodczuwanie, umiejętność postawienia się w czyjejś sytuacji czy – a tu ukłon w stronę filologicznego wykształcenia – włożenia czyichś butów jest piękną teorią, ale tylko teorią. Jeśli coś nie pasuje do naszego postrzegania świata, nie przejdziemy nad tym do porządku dziennego, tylko będziemy usiłowali naprostować, naprawić, ometkować, a w najgorszym przypadku – zrozumieć. Czyli wpasować jakoś w ów obraz świata. Czyli, ostatecznie, zinterpretować.

Gdybym na pytanie „co pani robiła przez weekend” miała odpowiedzieć całkowicie szczerze, musiałabym powiedzieć „nic” albo „nic szczególnego”. Bo zazwyczaj to prawda: jeżeli w sobotę nie pracuję, to czasem sprzątam, ale raczej nie; po prostu bimbam cały dzień: spędzam ileś tam godzin przed komputerem, wyleguję się w barłogu z Przekrojem i/lub książką. A w niedzielę jadę na obiad do rodziców, zostaję tam do popołudnia i wracam, żeby przygotować zajęcia na nadchodzący tydzień. Nie wychodzę na miasto, nie wpadam do barów ani pubów, nie spotykam się ze znajomymi ani przyjaciółmi. Ilekroć coś podobnego mówiłam osobie pytającej o mój weekend, tylekroć byłam zasypywana idiotycznymi pytaniami, które nieporadnie ukrywały pytanie główne „czy jest pani w ogóle normalna?”.

Bardzo lubię moje weekendy i nie mam ochoty ich zmieniać. Ale osób, którym usiłuję to wytłumaczyć, wcale to nie przekonuje. Według owych ludzi mam problem. Jestem samotna i nieszczęśliwa. Zastępuję sobie psem realne ludzkie relacje. Zamykam się w sobie/wyzłośliwiam się, co jest reakcją na jakąś traumę. Nie wychodzę poza rutynę, bo czuję się w niej bezpiecznie. Jestem socjopatką.

Ja tam nie czuję się samotna czy nieszczęśliwa (dobra, może trochę socjopatyczna...), ale co niby ja mogę wiedzieć o samej sobie? Całe szczęście, są inni ludzie, którzy mi powiedzą, kiedy i jak mam się czuć oraz co jest normalne, a co wcale.

Nikt nie może zrozumieć, że można żyć samemu i mieć się z tym dobrze. Ani tego, że po prostu zawsze chciałam mieć psa i jestem przeszczęśliwa, że wreszcie go mam. Nie zastępuje mi on chłopaka, dziecka ani przyjaciela, jest po prostu moim psem (to odpowiedź na pytanie, dlaczego ma „ludzkie” imię). Nie da się tego wytłumaczyć nikomu, bo każdy się zawsze doszukuje drugiego dna i jest przekonany o słuszności swoich domysłów. Nie ma empatii.

Warto sobie jednak uświadomić, że człowiek nie jest teksem i nie można go dowolnie interpretować. Można go natomiast zignorować i to bardzo chętnie propagowałabym w społeczeństwie. Ludzie, dajcie sobie spokój z prostowaniem bananów i słuchaniem płyt od tyłu! Zamiast doszukiwać się u innych jakichś nieistniejących problemów, zajmijcie się sobą i tylko sobą. Im mniej zainteresowania, tym więcej wolności jednostki. A za wolnością jednostki jesteśmy wszyscy, prawda? A już mój pies w szczególności!

wtorek, 13 lipca 2010

Coś mi się zdaje, że powinnam zmienić tytuł bloga (wiem, że powinno być „blogu”, ale jakoś się nie mogę przekonać do tej poprawnej wersji) na „Różne oblicza normalności” czy coś równie oryginalnego. Ale co ja poradzę, że najczęściej właśnie na ten temat trafiam? A wcale nie szukam, sam do mnie przychodzi (albo dzwoni). W sobotę na ten przykład pojawił się dwa razy.

Najpierw wstęp. Mój szanowny ojciec jest człowiekiem dość specyficznym. Przede wszystkim jest bardzo spokojny, zamknięty w swoim własnym świecie i ponad wszystko lubującym się w świętym spokoju. Lubi chadzać własnymi ścieżkami, najczęściej po parku w godzinach porannych, ale bywa, że wybywa na cały dzień i nikomu się nie zwierza, gdzie zmierza. Moja szanowna matka też jest człowiekiem dość specyficznym. Przede wszystkim jest nerwowa, energiczna, towarzyska, lubująca się w chaosie, który potrafi sama stworzyć i sama go opanować. Lubi, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem, ale ratuj się kto może, jeśli coś nie idzie. Się ci moi rodzice dobrali... Oczywiste jest zatem, że się na linii mama-tata pojawiają regularne konflikty. No nie może być inaczej, prawda.

Tyle wstępu. W sobotę około jedenastej telefon. Mama dzwoni.

Mama: Słuchaj, powiedz, bo ja nie wiem, co mam zrobić.

Ja: Ale o co chodzi?

Mama: Dzwonili właśnie X, że mają wolne i chcieliby do nas wpaść po południu.

Ja: No i co?

Mama [z narastającą złością]: No, a ten jak zwykle gdzieś łazi. Komórki nie odbiera, nikomu nie powiedział, gdzie idzie, nie wiadomo, kiedy wróci. No powiedz sama, czy tak się zachowuje normalny człowiek?

[I tu popełniłam błąd, bo zamiast powiedzieć po prostu „nie”, szczerze odpowiedziałam na pytanie. Wiedziałam, że zawarta jest w nim gotowa odpowiedź i dla własnego dobra powinnam była jej udzielić. Chyba mam w sobie coś z samobójcy.]

Ja: Nie wiem, nie znam żadnych normalnych ludzi.

Mama [wkurwiona jak jasna cholera]: No to cześć! [jeb słuchawką; słyszalny foch]

I teraz myślę. Czy według mojej mamy normalny człowiek to taki, który

- mówi, gdzie idzie?

- ewentualnie nie mówi, gdzie idzie, ale kiedy wróci?

- nigdzie nie idzie?

- odbiera komórkę?

- odpowiada na pytania sugerująca zgodnie z sugestią?

- jest po prostu normalny, czego tu nie rozumieć?

Jeśli ktoś zna właściwą odpowiedź, to gratuluję.

Poza tym zła jestem na siebie, że nigdy nie pozwolę, żeby fochy mojej matki mnie nie obeszły. No nie wiem, musimy być jakoś silnie związane, bo zawsze (choć staram się z tym walczyć, jak umiem) udzielają mi się jej uczucia, szczególnie histeria. Z tym, że ja się potem z taką histerią użeram pół dnia, a jej przechodzi po kilku chwilach. Pół godziny później już telefon skowronkowy, że ojciec już wrócił i robią grilla, i ty też przyjedź, oczywiście z psem, i jeszcze kup ciasto, i pa. No jak rany koguta!

Wieczorem grill. Rodzina ma, ja, pies i X. Państwo X mają nazwisko wywodzące się z fauny, więc dla wygody nazwijmy ich Pelikanami. Kiedyś mieszkaliśmy na w tym samym bloku, co Pelikany, i stąd się znamy. Pani Pelikan opowiada, co ciekawego na starym osiedlu.

Pani Pelikan: Pamiętacie tego chłopaka z klatki obok, co się nazywał Bakłażan? [wcale się tak nie nazywa, ale z kolei jego nazwisko jest bardzo jarzynowe, więc czemu nie akurat Bakłażan?]

Ja: Nie.

Mama: Bakłażan, Bakłażan, coś mi to mówi...

Ja: No i co z nim?

Pani Pelikan: Ogłosił na całe osiedle, że jest pedałem!

Ja: Naprawdę użył tego słowa?

Mama: A, Bakłażan!

Pani Pelikan: Ja zawsze wiedziałam, że on nie jest całkiem normalny, ale żeby pedał!

Ja: No i dobrze, przynajmniej nie będzie żył w kłamstwie, jak niektórzy. [nic tu nie sugerowałam]

Mama: Ludzie są wciąż tacy zaściankowi...

Pani Pelikan: Ale pedał! [oburzony foch]

Tak, drodzy państwo. Możemy sobie mieć dwudziesty pierwszy wiek, możemy se latać w kosmos i budować zderzacze hadronów, ale w czterdziestotysięcznej (prawie) miejscowości to gej, który wyszedł z szafy będzie sensacją dziesięciolecia. Bo on se mógł przecież sprowadzać chłopców, ale tak po cichu, a nie publicznie. Tak to ludzie by tylko szeptali po kątach. A teraz? Co robić, co robić? Trzeba się jakoś do tego ustosunkować. Mam wielką nadzieję, że większość nie pójdzie śladem Pelikanów. I jeszcze większą obawę, że owszem.

piątek, 18 czerwca 2010

Dostałam w środę list od kandydata na prezydenta. Nic takiego, większość pewnie dostała. Nie miałam czasu go przeczytać wcześniej, zrobiłam to dopiero wczoraj. I choć od dawna wiem, na kogo będę głosować, dość mocno mną zachwiał.

List jest od Bronisława Komorowskiego i wszystkie znaki na papierze sugerują, że Pan Kandydat sam go skomponował, bo pełno w nim składniowych wygibasów. Co tam pisze?* Same ciekawe rzeczy. Na przykład takie:**

Całe życie służyłem Polsce. Jako działacz opozycji antykomunistycznej walczyłem o wolność i demokrację. Wtedy potrzebna była wiara i odwaga. Potrzebna była bezkompromisowość i zdolność do podejmowania ryzyka. Trzeba było płacić wysoką cenę za wierność ideałom.

No i pięknie. Pan Kandydat ma piękną peerelowską historię: i manifestacje, i internowanie, i działalność podziemna. Dobrze, że teraz se już człowiek może odpocząć. Już nie trzeba walczyć o wolność i demokrację; wiara, odwaga, bezkompromisowość i cała reszta popeerelowskiego bagażu są już na szczęście całkiem zbędne.

No i rzeczywiście, bo dalej pisze tak:

W wolnej Polsce byłem wiceministrem i ministrem obrony narodowej, posłem, wicemarszałkiem i marszałkiem Sejmu. W tej służbie konieczny był umiar i odpowiedzialność, zdolność do zawierania porozumień i kompromisów. Istotne było doświadczenie i umiejętność pracy na rzecz państwa.

Widzicie dzieci, przedtem cnotą była bezkompromisowość, teraz zdolność do zawierania kompromisów (i, dodam tu od siebie złośliwie, zdolność do kompromitacji); kiedyś walka z państwem, teraz praca na rzecz państwa. '89 to cezura ostra jak brzytwa.

Dobra, to wiemy coś niecoś o jego działalności politycznej. Ale jakim Pan Kandydat jest człowiekiem, jaki jest naprawdę? Przede wszystkim, muszę państwu powiedzieć, Pan Kandydat jest człowiekiem rodzinnym:

Całe moje dorosłe życie to doświadczenia chwil pięknych i radosnych, ale także trudnych i bolesnych, które zawsze towarzyszą życiu małżeńskiemu i rodzinnemu. Razem z żoną Anną wychowaliśmy piątkę dzieci. Wszystkie są już dorosłe, a większość w pełni samodzielna. Zawsze starałem się być ojcem stanowczym w sprawach najważniejszych, ale otwartym na argumenty i oczekiwania moich dzieci. Rodzina to wielka lekcja odpowiedzialności. Źródło siły i marzeń o lepszej przyszłości Polski, o lepszej przyszłości nas wszystkich. Także lepszej przyszłości mojego wnuka.

Właśnie ten akapit przekonał mnie, że ta specyficzna polszczyzna musi należeć do Pana Kandydata we własnej osobie. Ewentualnie, czego wcale nie wykluczam, sztabowcy PO też się nie znają na pisaniu. Pal sześć, że wraz z żoną Anną wychował nie piątkę, ale pięcioro dzieci, ale skąd się Panu Kandydatowi wzięło to uwielbienie dla równoważników zdań? Przeniosło się z uwielbienia dla wnuka? No wkurza mnie to po prostu.

Dalej następuje standardowy agitacyjny szum: mniejsze podatki, wspieranie służby zdrowia, poczucie bezpieczeństwa, usuwanie barier krępujących przedsiębiorczość, rozwój infrastruktury, modernizacja wsi, tratatata. O, a tu jeszcze takie o:

Dziś, między innymi dzięki członkostwu w Unii Europejskiej, mamy szansę na przyspieszenie wielkiego programu przebudowy Polski – budowę sieci nowoczesnych dróg, rozbudowę lotnisk, stadionów, remont szkół i modernizację bibliotek. Za realizację tego zadania odpowiedzialny jest Rząd, lecz Prezydent musi wspierać te działania, pilnować, by nikt nie utrudniał marszu ku normalności, ku rozwojowi.

No nareszcie wiemy, czym jest normalność! Zapamiętajcie dzieci, normalność to rozwój. Całe szczęście, że sprawa się wyjaśniła, bo już mnie ta niepewność męczyła.

A na koniec mała uszczypliwość w stronę głównego przeciwnika:

Dzisiaj Polska oczekuje od nas zgody i współpracy. Trzeba umieć wznieść się ponad podziały polityczne. Prezydent musi umieć porozumiewać się nie tylko z Rządem, Parlamentem, ale także z opozycją.

20 czerwca wybierzemy kierunek, w którym Polska kroczyć będzie w kolejnych latach. Zdecydujemy, czy będzie to droga rozsądnej i stabilnej współpracy na rzecz rozwiązywania polskich problemów, czy droga sporów, kłótni i podziałów.

Prezydent powinien łączyć, nie dzielić.

Oj, co prawda, to prawda. Pan Przeciwnik to tylko awantury i podziały, zupełnie nie to, co zdolny do kompromisów Pan Kandydat. Ten będzie idealnym, niedzielącym społeczeństwa Prezydentem, prawda? Nieprawda.

Nie cierpię Komorowskiego. Niemal każda informacja o jego gafach doprowadza mnie do szału. Drażnią mnie jego sarmacki humor i przedpotopowe poglądy. Wzdrygam się na myśl o tym, że pracował kiedyś w Niższym Seminarium Duchownym w Niepokalanowie. Naprawdę niepokoi mnie, że za jego prezydentury znowu skręcimy w jedynie słuszne bogoojczyźniane prawo.

Wszystko, absolutnie wszystko wskazuje na to, że po prostu nie jest moim kandydatem. Ale będę na niego głosować. Z niechęcią potworną i wbrew sobie. Bo PiSu nienawidzę patologicznie i mam nadzieję, że przegrają i te wybory, i wreszcie sczezną do cna. Bo Napieralski ma u mnie taki kredyt zaufania jak abp Paetz. Bo nie będę marnować swojego głosu na jakiś efemeryczny plankton. Bo na wybory chodzę z zasady, bowiem uważam to za swój obywatelski obowiązek i chcę mieć swój aktywny udział w demokracji.

Do czego zachęcam. Idźcie ludzie na wybory, proszę. Wybierzmy Komorowskiego w pierwszej turze, zaoszczędźmy trochę wyborczej makulatury, trochę więcej pieniędzy i skończmy wreszcie tę obmierzłą postsmoleńską szopkę.

_____________________

* Nie ma tu żadnego błędu. „Co tam pisze?” należy rozumieć jako „Co tam Pan Kandydat pisze w liście?” Założę się, że większość grammar nazis nawet się nie zastanowi nad sensem, tylko od razu wściekle ryknie „JEST NAPISANE, KURWA!”
**Jak ktoś sobie pomyślał, że sama poświęciłam ileś tam minut, żeby przepisać list Pana Kandydata, to się pomylił. Nie po to ewolucja stworzyła prawicowych oszołomów, żeby się marnowali. Mogą służyć na przykład jako napędzane ideowo stenotypistki.

piątek, 11 czerwca 2010

Niedawno siedziałam sobie z pewnym miłym panem przy kawie i raczyłam go inteligentną rozmową na tematy wszelakie. Między innymi, co to znaczy „normalny”. Ani miły pan, ani ja nie uznaliśmy się za osoby normalne, zgodnie z przewidywaniami zresztą. Ale zaraz zgodziliśmy się, że ogół społeczeństwa nie dość, że wie, co to znaczy, to się jeszcze za takowych uznaje. Moja mama wie, kto jest normalny, a kto nie. Wiedzą też moi sąsiedzi. To czemu ja nie wiem? Ani czemu nie wie miły pan, choć wcale nie jest idiotą, tylko piekielnie mądrą bestią?

Uwaga, truism alert! Ano dlatego, że normalnym nie nazywamy tego, co jest zgodne z jakąś normą (zwyczajową, społeczną, filologiczną, hehehe), tylko to, co rozumiemy i z akceptacją czego nie mamy problemów. Jeśli jestem, dajmy, homofobem, to geje są dla mnie nienormalni. Jeśli popieram lewicę, to za nienormalnych uważam homofobów. Granica tego, co normalne przebiega na granicy osoby, która coś za normalne uznaje. Co oczywiście daje nam definicję typu anything goes, czyli żadną.

Co mi przypomniało pewną sytuację. W reklamie Slim Fast gdzieś z początku lat dziewięćdziesiątych pewna pani chwaliła się, że dzięki spożywaniu napojów odchudzających, może jeść nawet normalny obiad. Po czym pokazywano talerz z jakimiś fikuśnymi szaszłykami czy inną paellą. Oczywiście od razu po obejrzeniu reklamy poleciałam do mamy z zamówieniem na normalny obiad. Jakże się zawiodłam, kiedy przede mną wylądowała pomidorówka i klopsiki z ziemniaczkami. „A gdzie mój normalny obiad?!” „Dziecko, to jest normalny obiad”. „Nieprawda, to nie jest normalny obiad! Łeee!”

Ale do czego dążę, bo mi się wstęp nieco wydłużył. Ano do tego, że znowu się musiałam tłumaczyć z mojej niechęci do podróżowania. Pewna pani, z którą spotykam się co tydzień na gruncie zawodowym, nie mogła zrozumieć, jak można spędzać wakacje w domu. No to jest w ogóle nie do przyjęcia, nie do zrozumienia i całkiem nienormalne! Przecież podróżowanie to forma samorozwoju, poznawanie nowych kultur, zabytki, pamiątki, zdjęcia, bla, bla, bla. Wszystko prawda, ale ja jednak dziękuję. Ale dlaczego?!

Hmm… Dobre pytanie. Turystykę wakacyjną znienawidziłam tak dawno temu, że nie pamiętam właściwie, co było genezą tej silnej niechęci. Możliwe, że smażenie się na plaży, które mnie mierzi strasznie. A może męka jazdy w nieklimatyzowanym autokarze (jak sobie przypomnę osiemnastogodzinną wyprawę do Grecji w pamiętnym roku 2000, to mi się trochę słabo robi). A może wszystko naraz, kto wie.

Ostatnio trafiłam jednak na coś, co doprowadziło mnie do chyba najbliższej prawdzie odpowiedzi na cholerne „dlaczego?”. Dawno temu na blogu wo pojawiła się notka, która rozpoczyna się tak: „Powiedzmy sobie szczerze, podróże to koszmar. Samochód męczy, podroż lotnicza wiąże się z coraz bardziej upokarzającymi procedurami bezpieczeństwa, pociąg śmierdzi a na piechotkę męczą się nóżki. Ale to wszystko pikuś w porównaniu z tym, jak syfiasty może się okazać hotel. [...] Oczywiście, wszystko to jest tylko głupim marudzeniem bo tak naprawdę, to zawsze mi się zaświecą oczy z radości gdy pojawi się pretekst do wyskoczenia gdzieś choćby na parę dni. Chociaż tego nienawidzę.” Otototo!

To właśnie dało mi do myślenia: podróże to koszmar, ale ludzie są w stanie przemęczyć się tych kilkanaście czy kilkadziesiąt godzin albo zignorować jakieś niedogodności, bo wiedzą, że czeka ich za to jakieś gratyfikujące przeżycie. Zobaczyć Monę Lisę albo Statuę Wolności, poznać i zasmakować Nowego. Radocha i frajda. Tylko czy dla każdego? No właśnie nie – ja tam nie potrafię wzbić się nad te wszystkie niedogodności, dla mnie podróż składa się z niekończącego się pasma udręk, które zawsze przesłaniają mi wszelką frajdę i radochę. Nic na to nie poradzę, tak już mam.

Niemcy takiego kogoś nazywają Reisemuffel. Nawet ładnie. Lepszy Reisemuffel w domu niż Reisefieber na kibelku.

Tagi