Wpisy z tagiem: WO

piątek, 11 czerwca 2010

Niedawno siedziałam sobie z pewnym miłym panem przy kawie i raczyłam go inteligentną rozmową na tematy wszelakie. Między innymi, co to znaczy „normalny”. Ani miły pan, ani ja nie uznaliśmy się za osoby normalne, zgodnie z przewidywaniami zresztą. Ale zaraz zgodziliśmy się, że ogół społeczeństwa nie dość, że wie, co to znaczy, to się jeszcze za takowych uznaje. Moja mama wie, kto jest normalny, a kto nie. Wiedzą też moi sąsiedzi. To czemu ja nie wiem? Ani czemu nie wie miły pan, choć wcale nie jest idiotą, tylko piekielnie mądrą bestią?

Uwaga, truism alert! Ano dlatego, że normalnym nie nazywamy tego, co jest zgodne z jakąś normą (zwyczajową, społeczną, filologiczną, hehehe), tylko to, co rozumiemy i z akceptacją czego nie mamy problemów. Jeśli jestem, dajmy, homofobem, to geje są dla mnie nienormalni. Jeśli popieram lewicę, to za nienormalnych uważam homofobów. Granica tego, co normalne przebiega na granicy osoby, która coś za normalne uznaje. Co oczywiście daje nam definicję typu anything goes, czyli żadną.

Co mi przypomniało pewną sytuację. W reklamie Slim Fast gdzieś z początku lat dziewięćdziesiątych pewna pani chwaliła się, że dzięki spożywaniu napojów odchudzających, może jeść nawet normalny obiad. Po czym pokazywano talerz z jakimiś fikuśnymi szaszłykami czy inną paellą. Oczywiście od razu po obejrzeniu reklamy poleciałam do mamy z zamówieniem na normalny obiad. Jakże się zawiodłam, kiedy przede mną wylądowała pomidorówka i klopsiki z ziemniaczkami. „A gdzie mój normalny obiad?!” „Dziecko, to jest normalny obiad”. „Nieprawda, to nie jest normalny obiad! Łeee!”

Ale do czego dążę, bo mi się wstęp nieco wydłużył. Ano do tego, że znowu się musiałam tłumaczyć z mojej niechęci do podróżowania. Pewna pani, z którą spotykam się co tydzień na gruncie zawodowym, nie mogła zrozumieć, jak można spędzać wakacje w domu. No to jest w ogóle nie do przyjęcia, nie do zrozumienia i całkiem nienormalne! Przecież podróżowanie to forma samorozwoju, poznawanie nowych kultur, zabytki, pamiątki, zdjęcia, bla, bla, bla. Wszystko prawda, ale ja jednak dziękuję. Ale dlaczego?!

Hmm… Dobre pytanie. Turystykę wakacyjną znienawidziłam tak dawno temu, że nie pamiętam właściwie, co było genezą tej silnej niechęci. Możliwe, że smażenie się na plaży, które mnie mierzi strasznie. A może męka jazdy w nieklimatyzowanym autokarze (jak sobie przypomnę osiemnastogodzinną wyprawę do Grecji w pamiętnym roku 2000, to mi się trochę słabo robi). A może wszystko naraz, kto wie.

Ostatnio trafiłam jednak na coś, co doprowadziło mnie do chyba najbliższej prawdzie odpowiedzi na cholerne „dlaczego?”. Dawno temu na blogu wo pojawiła się notka, która rozpoczyna się tak: „Powiedzmy sobie szczerze, podróże to koszmar. Samochód męczy, podroż lotnicza wiąże się z coraz bardziej upokarzającymi procedurami bezpieczeństwa, pociąg śmierdzi a na piechotkę męczą się nóżki. Ale to wszystko pikuś w porównaniu z tym, jak syfiasty może się okazać hotel. [...] Oczywiście, wszystko to jest tylko głupim marudzeniem bo tak naprawdę, to zawsze mi się zaświecą oczy z radości gdy pojawi się pretekst do wyskoczenia gdzieś choćby na parę dni. Chociaż tego nienawidzę.” Otototo!

To właśnie dało mi do myślenia: podróże to koszmar, ale ludzie są w stanie przemęczyć się tych kilkanaście czy kilkadziesiąt godzin albo zignorować jakieś niedogodności, bo wiedzą, że czeka ich za to jakieś gratyfikujące przeżycie. Zobaczyć Monę Lisę albo Statuę Wolności, poznać i zasmakować Nowego. Radocha i frajda. Tylko czy dla każdego? No właśnie nie – ja tam nie potrafię wzbić się nad te wszystkie niedogodności, dla mnie podróż składa się z niekończącego się pasma udręk, które zawsze przesłaniają mi wszelką frajdę i radochę. Nic na to nie poradzę, tak już mam.

Niemcy takiego kogoś nazywają Reisemuffel. Nawet ładnie. Lepszy Reisemuffel w domu niż Reisefieber na kibelku.

Tagi